29.10.07

Michnikoidy idą na wojnę z Prezydentem

Michnikoidy nie mogą odżałować tych pięknych czasów kiedy Adaś przeskakując wte i wewte „chiński mur między redakcją a zarządem spółki” na wódeczce u prezia pozyskiwał dla swojej spółki insajderskie informacje i „message od Leszka”, aż został wyrolowany w negocjacjach korupcyjnych z GTW. Część władzy odzyskana, ale ta machina walki politycznej nie zatrzyma się teraz, tylko skieruje całą moc na urząd Prezydenta. Ta niejawna oligarchiczna siła jest mściwa i nie spocznie póki nie zostaną ukarani wszyscy, którzy naruszyli jej interesy. Firmuje to politycznie koalicja PO+PSL+LiD -ciągnący za sznurki: Któż wielkim acz zapitym głosem obwieścił koniec IV RP? Kto powiedział wielkim acz roztrzęsionym z pogardy głosem, że numerki RP się nie liczą? Kto cichcem rezygnował z konstytucyjnych przekształceń nazwanych IV RP, z którymi PO szła do poprzednich wyborów? Kto pamięta że wybitny członek PO prof. Śpiewak był twórcą idei IV RP? Kto o nim pamięta, odkąd znikł jak wróg ludu w sowieckiej encyklopedii? Zastąpił go w PO Bartoszewski, który grzecznie się kłaniał Kwaśniewskiemu, a teraz bez wahania idzie na wojnę z Prezydentem Kaczyńskim, wybranym przez Naród - i tak oni rozumieją polską rację stanu - to się w antykaczystowskiej nowomowie nazywa przywracanie standardów. Dyplomatołek bez wykształcenia oraz bliski współpracownik Kwaśniewskiego w LiD, emerytowany mediewista Geremek teraz dyktują standardy dyplomacji i przyzwoitości: "jeżeli nie wiesz jak się zachować wobec przeciwnika politycznego, naubliżaj mu od dewiantów, zboczeńców psychicznych i karłów."
Dzięki czemu Polska zapomni o Śpiewaku a będzie kochać paszkwilanta Bartoszewskiego i głównego ideologa michnikowszczyzny Osiatyńskiego („Lepiej żeby Polską rządzili złodzieje niż Kaczyńscy")? Dzięki forsie, forsie, forsie. Za te same pieniądze, które kiedyś wykreowały pijaczka na prezydenta, a teraz kreują na premiera figuranta, który niczym w życiu nie kierował, ale poznał receptę na wszystkie polskie problemy bo był 4 godziny w Irlandii. A kibole klaszczą bo opakowanie ładnie błyszczy. I wybierają dalej macherów, takich jak ten w Częstochowie – usunięty rytualnie z PO, ale nie z listy wyborczej, dzięki czemu mało nie został wybrany do Sejmu (10 tys głosów!) przez społeczeństwo pragnące odnowy moralnej w duchu Republiki Macherów.
Na szczęście jest taka gazeta jak RZ, i kilka innych, bo bylibyśmy całkowicie bezbronni wobec medialnego gwałtu, jaki się dokonuje na polskim społeczeństwie ze strony zdemoralizowanej michnikowszczyzny.

Etykiety: , , , , ,

3.9.07

Jest nadzieja

Nie ma co liczyć na opamiętanie u facetów, którzy ten amok podsycali. Żakowski, Lepper i Giertych, ramię w ramię, warci siebie promotorzy lepszego premiera Kaczmarka - Czy ktoś z nich odwołał swoje poparcie? Zatrzymani, skompromitowani - Netzel wszystko wygadał. Czy pan Tusk odwołał groźby, że będzie zwalniał prokuratorów, którzy zatrzymali Kaczmarka i kolesi? Czy p. Graś ma chwilę refleksji, że pociągnął cały Sejm do owczego pędu za konfabulantem? Czy odwołał swoje insynuacje - że zatrzymanie Kornatowskiego miało udaremnić jego wysłuchanie przez Speckomisję w piątek? Deklarował że komisja może pracować w sobotę i w niedzielę, żeby to zrobić - deklarował spodziewając się że będzie areszt; tymczasem Kornatowski wolny - i pracowita komisja się nie śpieszy, także nie wycofuje swoich insynuacji. Więc ci ludzie, którzy organizowali tę rozróbę nie wycofają się, bo to byłaby natychmiastowa utrata twarzy. W takich sytuacjach zwłoka wydaje się ratunkiem.
Ale była ankieta, według której 26% ludzi zmieniło swoje zdanie na temat Kaczmarka. Miejmy nadzieję, że uruchomione już zasłony dymne ("Kaczyński centrum układu") nie zatrą wiedzy, jaką uzyskaliśmy w piątek 31 sierpnia: Minister, Szef policji, kto tam jeszcze grypserą się ostrzegają i pilnują interesów Płatnika, któremu służą na boku. Krauze w środku nocy dzwoni przez trzy sekundy - do posła Najjaśniejszej Rzeczypospolitej - i po kwadransie facet w podskokach się stawia, a nazajutrz drepce po trotuarze w deszczu, jak nie powiem kto.
Tego wszystkiego nie zapomnimy i nawet jeśli wszystkie michnikoidalne oraz postubeckie media zdwoją swoje wysiłki - a już widać że tak jest - to jednak margines niezależności się powiększy, ci którzy nie muszą dochować wierności grupie trzymającej media - odłączą się, a przynajmniej nabiorą dystansu. Może się dowiemy ilu ich jest.
Ireneusz

Etykiety: , , , ,

24.8.07

Kaczmarek na premiera!

Uczestniczymy w akcji sterowanej w interesie SLD. Oskarżenia Oleksego były o wiele wartościowsze treściowo i wypowiadał je bezinteresownie, nawet nieopatrznie, przy osłabionej samokontroli (za co nawet błagalnie przepraszał, a czego mu kumple nie wybaczyli) – jego słowa mogły im zaszkodzić, więc zapadła cisza. Polskie niezależne media są ciągle bezsilne wobec swojej przekupnej części. Dokładnie jak za Kwacha - kiedy przyłapano go jak po pijanemu wchodził do samochodu przez bagażnik, obecni dziennikarze się umówili – „o tym nie piszemy”. Teraz słowa Kaczmarka, który ujawniając tajemnice śledztw we wstępnej fazie może pomóc skorumpowanym kolesiom.

Kiedy Kaczmarka zdymisjonowano – Miller znienacka wystąpił z kolejnym wulgarnym atakiem na Ziobrę, nazwał go pijanym drwalem biegającym z siekierą. Skąd przypływ inwencji poetyckiej u tego wzorowego demokraty w tym momencie – oczywiście z wściekłości, że spalono mu tak świetnie ulokowaną wtykę, którą szykowano na premiera. Taki premier by dopiero był komfort dla wszystkich Kluczyków!

Kaczmarek to drugi Sobotka - chce sypnąć wszystkie śledztwa antykorupcyjne, o jakich zdążył się wywiedzieć. Do tej pory ostrzegał dyskretnie, a to przed meczem, a to na luksusowym obiadku, a teraz chce to zrobić w publicznym seansie. Blida wiedziała że ma być zatrzymana (tak twierdzi jej mąż), Lepper się dowiedział, Olejniczak się dowiedział że nie ma problemu kont szwajcarskich - kto jeszcze zawdzięcza Kaczmarkowi osłonę?

Czarnecki ujawnił kolejnego Sobotkę i kolejne Starachowice, i dał jeszcze jedno potwierdzenie tezy, że Kaczmarek był kretem lewicy w rządzie. Zbyt dużo jest nieoficjalnych kontaktów Kaczmarka z ludźmi tamtej opcji - zawsze w okolicznościach związanych z ich interesami. Póki co to wersję Kaczmarka potwierdza tylko Kornatowski, pozostałych 5 uczestników tamtej narady jej zaprzecza.

Etykiety: , , ,

23.1.07

Turcja, Polska, Europa

Turcja wyjątkowo się zachowała w sprawie rozbiorów Polski - nie uznawała ich po prostu - ale samo w sobie to nic dziś nie musi znaczyć.
Faktem jest jednak, że Turcja zaczyna być istotnym dla nas partnerem wobec antypolskiej mocarstwowej polityki Rosji, na którą przyzwalają Niemcy i Francja, oczarowane pewnym kryształowym rzeźnikiem.
W XIX w. też tak było, że Polska i Turcja potrzebowały się w celu powstrzymywania zapędów Rosji. Może coś takiego i teraz jest potrzebne, skoro Europa jest przesiąknięta ruską agenturą, która zresztą i w Jałcie namieszała (manipulując amerykańskim prezydentem).
Poza tym jednak najważniejsza jest przyszłość: koegzystencja świata zachodniego z Islamem jest koniecznością, a w tym względzie nie ma lepszego partnera od Turcji, alternatywą jest wojna. Dlatego uważam stanowisko Kaczyńskiego w tej sprawie za bardzo mądre. Niech mnie tu nikt nie straszy wizją Berlina - to jest niemiecki problem, który powstał jeszcze w czasach żelaznej kurtyny - jak się chciało kolaborować z komuchami i trzymać narody wschodniej Europy pod kremlowskim butem, zamiast pozwolić na normalny ruch jakiego początki mamy teraz, nie byłoby tego strasznego kulturowego koszmaru jaki powstał wskutek imigracji obcych kulturowo rzesz do Europy Zachodniej.
Przyłączona za 20 lat Turcja nie przeniesie się tutaj ze swoimi tobołkami, a przez 20 lat dostosowywania się do norm unijnych umocni się tam model państwa z ludnością muzułmańską, ale o świeckim profilu, jaki teraz ciągle jest utrzymywany. Bez wsparcia Europy dla tego modelu Turcja może się cofnąć z drogi świeckości. Dlatego zamykanie Unii na perspektywę przyłączenia Turcji jest krótkowzroczne i podyktowane płytką niechęcią do obcych kulturowo imigrantów w gettach zachodnioeuropejskich. Nie jest to właściwa perspektywa strategiczna.
Jest to jeszcze jeden dowód, że stanowisko przewodniczącego komisji zagranicznej PE powinien objąć ktoś rozumiejący długofalową rację stanu Europy, nie ten czy inny, czy kolejny kolaborant rosyjski czy kremlowski agent wpływu.
Ireneusz

Nadgorliwa pani Walc

Będąc pełnomocnikiem komitetu wyborczego pana X spóźniłem się o jeden dzień (decydowała data stempla pocztowego)ze złożeniem do Komisarza Wyborczego stosownego pisma mówiącego o tym że komitet wyborczy pana X nie poniósł żadnych kosztów związanych z wyborami. Wysłałem to pismo listem poleconym i ...na mocy ustawy stałem się przestępcą, dostałem 1 rok w zawiasach i 100 zł kosztów sądowych-i jaki obciach -odciski palców, rysopis, umieszczenie w rejestrze skazanych .W naszym powiecie takich zapominalskich było 23 osoby, wszyscy dostali takie same wyroki i nie mogli pełnić funkcji publicznych. ~j 23, 23.01.2007 00:59

Tak się żali jeden z Internautów.

Zwykły obywatel współtworzący własnym kosztem demokrację nie zdąża chwilę, w sytuacji kiedy przecież naprawdę mógł fizycznie nie nadążać, bo robił to sam kosztem innych zajęć – ten jest ogłoszony przestępcą. A wysoki urzędnik, nie dość że profesor prawa, to mający na usługi sekretarzy, asystentów - jest usprawiedliwiany i to – a jakże - przez innych profesorów jak Kulesza. >>Według niego, nawet w przypadku obowiązkowego oświadczenia dotyczącego małżonka, spóźnienie nie powinno być karane pozbawieniem mandatu<<

Jestem tym oburzony, profesor prawa, twórca ustawy samorządowej, nie powinien posuwać się do takich kroków, jeśli nie woła o przestrzeganie prawa, to przynajmniej by milczał i nie marudził że to żadne uchybienie.

To jest poważne uchybienie. Pani Walc nie zna ustaw, które rzekomo "nadgorliwie" wykonuje spóźniając się o 2 dni, nie potrafi zorganizować sobie pracy (wystarczyło zapytać sekretarza urzędu), nie przestrzega terminów, wiedząc przecież o ciążącym na niej obowiązku; swoim niechlujstwem sprowadza na nas wszystkich ryzyko powtarzania wyborów - co oprócz kosztów jest potworną stratą moralną, spowoduje bowiem ogromne nadszarpnięcie zaufania wyborców do polityków - coś okropnego.

Po prostu to ją dyskwalifikuje w tej roli.

I nie ją jedną.

Ireneusz

18.1.07

Trybunał Konstytucyjny nie zdał

Pisałem poprzednio o amnestii maturalnej. Sprawa odżyła po orzeczeniu TK. Napisałem nową wersję wyjaśnienia sprawy Zdał- nie zdał, i na 3 portalach próbowałem nadać po kilka razy, bez skutku, udało się tylko kilka wtrąceń umieścić. Powtarzam jeszcze raz, i dodaję dyskusję po czyjejś reakcji na jedno z moich wtrąceń.

Wszyscy, którzy się kłócą o to zaczarowane słowo: zdał, nie zdał - nie myślą, że granicę tego, co nazywamy potem "zdał" też ustalił urzędnik, dziś to jest 30%. Dlaczego nie 31% ani nie 29%, albo 40 itd.? Nie ma obiektywnej granicy ZDANIA jakiegokolwiek egzaminu, istnieją tylko dowolnie ustalane progi zaliczenia. Oburzeni na zmianę wprowadzoną przez Giertycha myślą magicznie o przekroczeniu tej *absolutnie dowolnej* granicy jak o jakimś dostaniu się do nieba. Obliczony po nowemu próg zaliczenia może być sprawiedliwszy, spełniając bowiem dawne kryteria można było otrzymać maturę osiągając minimum 30% z każdego z 5 przedmiotów wybranych do klucza: tak więc wynik 30% - 30% - 30% - 30% - 30% dawał (i daje) prawo do świadectwa dojrzałości. Natomiast choć jeden wynik 29% w starym systemie już nie. W skrajnym przypadku ktoś kto zdobył 100% - 100% - 100% - 100% -29%, czyli średnio 85,8% - nie otrzymał matury. O uratowanie takich ludzi chodziło w nowym systemie obliczania poziomu zaliczenia. Obliczony według obalonego rozporządzenia MEN próg zaliczenia był sprawiedliwszy, gdyż pozwalał uznać, że matura zdana na 85% jest co najmniej tak samo dobra jak ta, w której ktoś wyciągnął średnio 30%.

Wolałbym jako profesor uczelni spotkać na studiach tę pierwszą osobę (85% po przejściach) niż tę drugą (30% równego poziomu). Jeśli matura jest jednym świadectwem, to można ją traktować jako jeden egzamin złożony z różnych segmentów i wówczas zaliczenie na podstawie ogólnie zdobytej liczby punktów we wszystkich segmentach jest uczciwe i sensowne. Szkoda że TK nie zachował rozsądku w tak ważnej sprawie, a dodatkowo w uzasadnieniu fałszywie podał, że MEN naruszył konstytucję, gdyż obalone rozporządzenie utrudniało dostęp do nauki zagwarantowany Konstytucją. Było dokładnie odwrotnie, tysiące ludzi mogło pójść dzięki temu na studia.

Ireneusz

====================================

>>To nie jest prawdą. TK stwierdził, że rozporządzenie było naruszeniem: 1/równości dostępu do nauki (co to za równość kiedy ci którzy zdali ORAZ ci którzy nie zdali mogą dostają matury?),<<

Sprawę zdał-nie zdał traktujecie wszyscy z TK na czele w sposób magiczny. Nie ma czegoś takiego danego obiektywnie jak wynik pozytywny egzaminu, zawsze to jest tylko sposób przeliczania punktów na oceny. Specjaliści mówili jeszcze w 2000 r. (szukaj w Int) o konieczności rezygnacji przy nowej maturze >>z kategorycznej oceny pracy ucznia w formie "zdał - nie zdał", umieszczając tylko liczbę punktów przez niego uzyskanych z poszczególnych przedmiotów<. Niestety zwyciężył dogmat że musi być zapadka, żeby było wiadomo czy "zdał czy nie zdał". Wobec tego Rząd ustalił raz taki sposób (minimum 30%), potem ustalił inny sposób korzystniejszy dla obywateli, i TK ośmiesza się zastępując rząd, i podważając jakieś tabelki.

>>2/ zasady sprawiedliwości społecznej vide punkt /1/

Nie ma pod tym vide żadnego argumentu. Kto został przez to rozporządzenie skrzywdzony czy niesprawiedliwie potraktowany? Nikomu nic nie ubyło, ewentualna rywalizacja tylko niekiedy przeniosła się na inny szczebel - konkursu matur, w którym ci amnestionowani mieli z definicji gorszą pozycję, więc nie naruszali niczyjego prawa, więc nie ma mowy o "niesprawiedliwości społecznej". A jeśli przystępowali do egzaminów wstępnych w sesji dodatkowej we wrześniu, można mówić o pewnym niesmaku, ale przecież nie było i tu żadnych preferencji dla amnestionowanych, był to po prostu odsiew o wyniku nieprzewidywalnym także dla tych z "dobrymi" maturami bez względu na to kto był wśród kandydatów; a może nikogo z tych amnestionowanych nie było i TK oszukuje nas że ktoś został potraktowany niesprawiedliwie - skąd ci państwo to wiedzą? Ale wyobraźmy sobie jednak, w jaki sposób ktoś mógł być jednak poszkodowany – ano mógł nie zdać egzaminu wstępnego, podczas gdy zdał go jakiś „amnestionowany”. Uu, to byłoby przecież skandaliczne, gdyby się okazało, że jakiś burak bez legalnej matury jest lepszy od porządnego maturzysty, który ZDAŁ! Do takiej demoralizacji młodzieży Trybunał Konstytucyjny doprowadzić żadną miarą nie może!

Ale prawdopodobnie nikt tak poszkodowany się nie zgłosi, przecież przeważnie ludzie ci poszli tam, gdzie były jeszcze wolne miejsca i na uczelnie prywatne nie prowadzące selekcji innej niż ogląd matur.

BTW Tak nawiasem jak to jest z konstytucyjnością dodatkowych egzaminów wstępnych na wyższe uczelnie? A może to byłoby bardziej sprawiedliwe, żeby wszyscy kandydaci zmierzyli się na egzaminie tylko raz, a nie dwa razy (taka była idea matury, nieprawdaż? - jak to jest ze "społeczną sprawiedliwością" tego systemu?)

3/ zasady "lex retro non agit" (nie mów że są od tej zasady wyjątki, bo są ale tylko w niektórych przypadkach, do których z pewnością matura nie należy)

Proszę bardzo, to zamyka wszystkim usta - ale któż to tak stwierdził, że "matury na pewno nie"? Było sporo takich przypadków, każdy jest precedensowy, i nikt nie podważa takich niezwykłych sytuacji, jeśli działanie tego prawa jest pozytywne, a tu było - tysiące młodych ludzi poszło na studia, nikomu niczego nie ujmując z szans. Tak więc TK zlekceważył ważną korzyść społeczną, jaką umożliwiało Rozporządzenie i zachował się dogmatycznie, nie rozsądnie.

>>4/ ustawy o systemie oświaty, która mówi że świadectwo dojrzałości można dostać tylko po ZDANIU egzaminu maturalnego, a nie po oblaniu jednego przedmiotu<<

Nie będę po raz kolejny tłumaczył sprawy zdał - nie zdał, bo może już to gdzieś przeszło. Powiem tylko w skrócie. Według starych przepisów maturę można było zdać i świadectwo otrzymać zaliczając każdy z 5 przedmiotów na 30%, ale można ją było oblać zaliczając wszystko na 85% (100%, 100%, 100%, 100% i 29%). Giertych chciał takim ludziom pomóc i dopóki to rozporządzenie jeszcze działa, będzie im pomagał, bez niczyjej krzywdy.

>>Cytując z orzeczenia: "Zdaniem Trybunału uzasadnieniem dla takiej regulacji nie może być konstytucyjna zasada powszechności dostępu do wykształcenia. Powszechność nie powinna być rozumiana w ten sposób, że każdy niezależnie od posiadanych umiejętności i wiedzy ma gwarantowany dostęp do każdego szczebla wykształcenia. Dostęp do wykształcenia nie jest równoznaczny z obowiązkiem zapewnienia każdemu zdania matury. Chodzi tu o równość szans, a nie o powszechny dostęp do efektów wykształcenia."<<

- proszę, więc mamy "zdaniem trybunału to a tamto". Co to za powszechność? A co z uzależnieniem powszechnego dostępu od wcześniejszych "efektów wykształcenia"? - niekonstytucyjnych, bo Konstytucja nic nie mówi o szczeblach wykształcenia. A równość szans? Orzeczenie TK powoduje, że kandydat który zdobył na maturze 85% punktów z 5 przedmiotów odpada, a ten który zdobył 30% przechodzi. O taką równość szans walczy Trybunał?

>>Btw. najlepiej maturę dawać wszystkim za nic - wtedy wszyscy będą mogli dostać się na studia, tak? <<

Proszę bez demagogii. Nie akceptuję tego poziomu, mimo że przykładu dostarcza TK w zdaniu "Dostęp do wykształcenia nie jest równoznaczny z obowiązkiem zapewnienia każdemu zdania matury." No, bo, wicie rozumicie, Zły Giertych chciał dać każdemu maturę...

Jest to bardzo gorszące, ze TK może się posuwać w polemicznym zapędzie do tak odstręczającej dezynwoltury.

---------------------------------------------------

4.1.07

Moda na wyjazdy a chiński mur

Jedna z Internautek podzieliła się wczoraj radością, że zdobyła pracę, bo ktoś się pochopnie wykruszył już po zdaniu egzaminu, kierując się "modą na wyjazdy". Skoro ludzie podejmują irracjonalne decyzje, to mamy dowód, że działa już wśród Polaków nie moda, ale psychoza wyjazdów rozpętana przez media, w tym wymiarze rozpoczęta przez billboardy pytające "co tu jeszcze robisz". Mnóstwo ludzi wyjechało nie mając pracy w Polsce, ale znajdują tu ją ludzie nie tylko dlatego, że inni wyjechali. W roku 2006 (do X) przybyło 170 tys. nowych miejsc pracy. Opozycja polityczna może sobie wybrzydzać że to nie dzięki rządowi ale mimo jego nieudolności. Jednak doszło do tego, że niektóre media gorliwie realizując politykę opozycji zdradzają opinię publiczną: zamiast informować wprowadzają ją w błąd, skłaniają ludzi do błędnych decyzji.
Nie świadczy to o ich niezależności, ale dowodzi ich nieodpowiedzialności. Nie można tego inaczej nazwać, skoro Polacy są wprowadzani w błąd przez media zaangażowane politycznie w zwalczanie rządu. Powstały nowe miejsca pracy. Nie wnikam dzięki czemu, i nie wiem czemu tak niektórym zależy, żeby to nie było zasługą rządu, tylko koniunktury. Na tę koniunkturę składa się także wzrost zaufania inwestorów do Polski (podnoszone ratingi) i nowe inwestycje - gdyby decyzje inwestorów były podejmowane na podstawie tego, co mówi michnikowszczyzna i post-ubeckie media - a nie tego, co im mówią nasz rząd i samorządy lokalne proponujące lokalizacje - uciekaliby stąd gdzie pieprz rośnie. Tymczasem uciekają ludzie, którzy podejmują swoje decyzje na podstawie tego co im podszeptują media. Uciekają często niepotrzebnie, jak wykazał przykład, który komentujemy.
Poza tym o taki międzynarodowy ruch na rynku pracy przecież chodzi - na tym m.in. polega swoboda pracy i działalności gospodarczej w Unii, nie wiem czemu i z tego opozycja robi rządowi cięzki zarzut. Trzeba raczej walczyć o większą sprawiedliwość w tym zakresie, bo np. dyrektywa usługowa ciągle jest niezadowalająca, ale to w Parlamencie Europejskim o tym decydowano, także głosami naszej opozycji, bodajże dość uczciwie się tam zachowującej.
Uważam że transformacja wkracza w nowy etap, przywracany jest wolny rynek, który był zniekształcony przez postkomunistyczną oligarchię - wybrańcy jak Kulczyk mieli dostęp do prezydenta, premiera i dowolnych ministrów zdobywając bezcenną przewagę i nie podlegając konkurencji. A niepokorni jak Kluska byli bezwzględnie niszczeni. To się kończy. Niestety duża część mediów jest wciąż po stronie postkomunistycznej biznesowej oligarchii - to jest ta Michnikowszczyzna, którą zdemaskował w swojej książce Ziemkiewicz. Dlatego postkomunistyczne media z GW na czele (logika jest nieubłagana!) w tak obłędny sposób zwalczają Kaczyńskich, którzy wypowiedzieli wojnę tamtemu systemowi.
Mamy już poważne potwierdzenie, że po roku rządów Kaczyńskich nie nastąpił pod żadnym względem regres, co potwierdzają badania z końca grudnia 2006:
>>Według CBOS, w stosunku do przełomowego roku 1989 umocniły się
pozytywne emocje - znacznie wzrosły odsetki badanych często odczuwających zadowolenie z tego, że coś im się w życiu udało zadowolonych przybyło z 29 do 49 proc); pewność, że wszystko układa się dobrze ma obecnie 48 proc (a miało 28 proc), dumę z własnych osiągnięć wyraża 40 proc. (wtedy 24 proc)<<

Więc skąd ta cała histeria?
Prof. Staniszkis ma teorię, że system oligarchiczny jeśli traci władzę polityczną, robi wszystko aby destabilizować sytuację w państwie.Właśnie to teraz obserwujemy: histeryczne ataki niektórych mediów na Kaczyńskich, intrygi podsłuchowe, dobieranie zdjęć, wyrywanie słówek i zająknień - cały ten repertuar personalnego ośmieszania przećwiczony przy Wałęsie przez dyspozycyjne wobec salonu warszawskiego, któremu nie przeszkadzało to że Kwaśniewski był jako Prezydent 13 razy "pijany na służbie", ani to że potrafił kłamać jak z nut, a strasznie przeszkadza dykcja Kaczyńskiego. Z zapałem teraz wybrzydzają zwłaszcza dwie telewizje, o których założycielach ciekawych rzeczy się dowiadujemy ostatnio, oraz "GW" ramię w ramię z Urbanem, jakże "zasłużonym" dla poniżenia Wałęsy.

Miłość "GW" do Kwaśniewskiego jest ślepa, co oznacza że była to (od jak dawna?) ideologiczna i biznesowa racja istnienia dla obu stron. To udowodniły przesłuchania Adasia przed sejmową komisją Orlenowską - jak się pienił i zapierał, kiedy dotykano jego zażyłości, obiadków, wódeczek z preziem. Jak się wściekał, kiedy pryskał mit niezależności GW od polityki, jak się okazywało, że Agora garściami mogła czerpać od prezydenta i premiera wiedzę bezcenną na rynku, i że do tych konszachtów wykorzystywała szefa gazety, który ponoć był oddzielony od spółki "chińskim murem". Co z tym chińskim murem, tak nawiasem mówiąc? Czy ktoś z naszych niezależnych dziennikarzy o tym napisał? Przecież to jeden z założycielskich mitów naszej demokracji?
Ireneusz

7.8.06

Zdał - nie zdał

Dokonana przez min. Giertycha zmiana w zasadach wydawania świadectw maturalnych została uznana przez Jana Wróbla za "szyderstwo z najważniejszych zasad moralnych prawicy" - a zbyt słabą krytykę tego kroku ze strony prawicowych autorytetów - za ich "moralną klęskę". Nerwowość, jaką powszechnie wzbudziła ta sprawa, wiąże się wyłącznie z histerią w ocenie osoby ministra, i uniemożliwiła zrozumienie dokonanej zmiany. Poprzestano na bezrefleksyjnym oburzeniu, że skoro ktoś "nie zdał" to jak można naraz powiedzieć że zdał? Od wyjaśnienia sobie tego pojęcia zależy, czy zrozumiemy, co się naprawdę wydarzyło, a co J. Wróbel określa bezrefleksyjnie jako "majstrowanie przy wynikach matur"?
Zacznijmy od tego przeinaczenia: wyników matur nikt nikomu nie zmieniał, gdyż są one podane na świadectwach zgodnie z tym, co przyniosły egzaminy. Zmienił się sposób obliczania poziomu zaliczenia, który uznajemy za wystarczający do otrzymania świadectwa maturalnego. Bierze się do tego tylko 5 przedmiotów - ktoś podjął taką decyzję. Wszyscy którzy się teraz kłócą o to zaczarowane słowo: zdał, nie zdał - nie pamiętają, że granicę tego, co nazywamy potem "zdał" też kiedyś ustalił urzędnik danego resortu dla danej sytuacji - dziś to jest 30%. Akurat nie 31% ani nie 29%, albo 40.
Nie ma obiektywnie danej granicy ZDANIA jakiegokolwiek egzaminu, istnieją tylko PROGI ZALICZENIA dowolnie ustalane przez egzaminatorów. Oburzeni na zmianę proponowaną przez Giertycha myślą magicznie o przekroczeniu tej absolutnie dowolnej granicy jak o jakimś dostaniu się do nieba. Spełniając dawne kryteria można było otrzymać maturę osiągając minimum 30% z każdego z 5 przedmiotów wybranych do klucza: tak więc wynik 30% - 30% - 30% - 30% - 30% dawał (i daje) prawo do świadectwa dojrzałości. Natomiast choć jeden wynik 29% w starym systemie już nie. W skrajnym przypadku ktoś, kto zdobył 100% - 100% - 100% - 100% -29%, czyli średnio 85,8% - nie otrzymał matury, bo "nie zdał". O uratowanie takich ludzi chodzi w nowym systemie obliczania poziomu zaliczenia.
Obliczony po nowemu próg zaliczenia jest sprawiedliwszy, gdyż pozwoli uznać, że matura zdana na 85% jest co najmniej tak samo dobra jak ta, w której ktoś wyciągnął średnio 30%. Czy jako wykładowcy uczelni chcielibyście spotkać na studiach tę pierwszą osobę czy tę drugą? Na to pytanie niech sobie odpowiedzą wszyscy, którzy zgodnym salonowym chórem oburzają się na Giertycha.
Jeśli matura jest jednym świadectwem, to można ją traktować jako jeden egzamin złożony z różnych segmentów i wówczas zaliczenie na podstawie ogólnie zdobytej liczby puktów we wszystkich segementach jest uczciwe i sensowne. Można co najwyżej się umówić, że całkowita średnia w nowym systemie nie powinna być niższaniż owe 30%, z włączeniem najgorszego wyniku (obecna propozycja ministra zdaje się ten wynik pomija). Jedyną wątpliwością moralną i prawną, jaką można podnieść, jest dokonanie tej zmiany po zakończeniu matur, kiedy wyszły na jaw ich wyniki (zresztą też po panikarsku zinterpretowane). Tu jednak liczy się intencja zmiany. Zarzucanie ministrowi, że liczył "na poklask przegranych" - to pomówienie. Nie on na tym korzysta, tylko młodzi ludzie, którzy mają szansę wcześniej iść na studia i tam NAPRAWDĘ sprawdzić swoje umiejętności.
Piszę "naprawdę", bo o tym, jak względna jest przydatność tego, co się sprawdza na maturach, przekonałem się zbyt wiele razy przeprowadzając egzaminy wstępne z wywindowanymi poprzeczkami, a następnie spotykając studentów, z którymi wszystko trzeba zaczynać od zera.
Wynik egzaminu musi być zmierzony, ale jedyną miarą jakości matury powinna być liczba osiągniętych punktów na egzaminach końcowych, każda uczelnia mogłaby sobie po prostu ustalać swój próg dla przyjmowania kandydatów, nie oglądając się na magię słów ZDAŁ- NIE ZDAŁ. I tak to już robią.