Zdał - nie zdał
Dokonana przez min. Giertycha zmiana w zasadach wydawania świadectw maturalnych została uznana przez Jana Wróbla za "szyderstwo z najważniejszych zasad moralnych prawicy" - a zbyt słabą krytykę tego kroku ze strony prawicowych autorytetów - za ich "moralną klęskę". Nerwowość, jaką powszechnie wzbudziła ta sprawa, wiąże się wyłącznie z histerią w ocenie osoby ministra, i uniemożliwiła zrozumienie dokonanej zmiany. Poprzestano na bezrefleksyjnym oburzeniu, że skoro ktoś "nie zdał" to jak można naraz powiedzieć że zdał? Od wyjaśnienia sobie tego pojęcia zależy, czy zrozumiemy, co się naprawdę wydarzyło, a co J. Wróbel określa bezrefleksyjnie jako "majstrowanie przy wynikach matur"?
Zacznijmy od tego przeinaczenia: wyników matur nikt nikomu nie zmieniał, gdyż są one podane na świadectwach zgodnie z tym, co przyniosły egzaminy. Zmienił się sposób obliczania poziomu zaliczenia, który uznajemy za wystarczający do otrzymania świadectwa maturalnego. Bierze się do tego tylko 5 przedmiotów - ktoś podjął taką decyzję. Wszyscy którzy się teraz kłócą o to zaczarowane słowo: zdał, nie zdał - nie pamiętają, że granicę tego, co nazywamy potem "zdał" też kiedyś ustalił urzędnik danego resortu dla danej sytuacji - dziś to jest 30%. Akurat nie 31% ani nie 29%, albo 40.
Nie ma obiektywnie danej granicy ZDANIA jakiegokolwiek egzaminu, istnieją tylko PROGI ZALICZENIA dowolnie ustalane przez egzaminatorów. Oburzeni na zmianę proponowaną przez Giertycha myślą magicznie o przekroczeniu tej absolutnie dowolnej granicy jak o jakimś dostaniu się do nieba. Spełniając dawne kryteria można było otrzymać maturę osiągając minimum 30% z każdego z 5 przedmiotów wybranych do klucza: tak więc wynik 30% - 30% - 30% - 30% - 30% dawał (i daje) prawo do świadectwa dojrzałości. Natomiast choć jeden wynik 29% w starym systemie już nie. W skrajnym przypadku ktoś, kto zdobył 100% - 100% - 100% - 100% -29%, czyli średnio 85,8% - nie otrzymał matury, bo "nie zdał". O uratowanie takich ludzi chodzi w nowym systemie obliczania poziomu zaliczenia.
Obliczony po nowemu próg zaliczenia jest sprawiedliwszy, gdyż pozwoli uznać, że matura zdana na 85% jest co najmniej tak samo dobra jak ta, w której ktoś wyciągnął średnio 30%. Czy jako wykładowcy uczelni chcielibyście spotkać na studiach tę pierwszą osobę czy tę drugą? Na to pytanie niech sobie odpowiedzą wszyscy, którzy zgodnym salonowym chórem oburzają się na Giertycha.
Jeśli matura jest jednym świadectwem, to można ją traktować jako jeden egzamin złożony z różnych segmentów i wówczas zaliczenie na podstawie ogólnie zdobytej liczby puktów we wszystkich segementach jest uczciwe i sensowne. Można co najwyżej się umówić, że całkowita średnia w nowym systemie nie powinna być niższaniż owe 30%, z włączeniem najgorszego wyniku (obecna propozycja ministra zdaje się ten wynik pomija). Jedyną wątpliwością moralną i prawną, jaką można podnieść, jest dokonanie tej zmiany po zakończeniu matur, kiedy wyszły na jaw ich wyniki (zresztą też po panikarsku zinterpretowane). Tu jednak liczy się intencja zmiany. Zarzucanie ministrowi, że liczył "na poklask przegranych" - to pomówienie. Nie on na tym korzysta, tylko młodzi ludzie, którzy mają szansę wcześniej iść na studia i tam NAPRAWDĘ sprawdzić swoje umiejętności.
Piszę "naprawdę", bo o tym, jak względna jest przydatność tego, co się sprawdza na maturach, przekonałem się zbyt wiele razy przeprowadzając egzaminy wstępne z wywindowanymi poprzeczkami, a następnie spotykając studentów, z którymi wszystko trzeba zaczynać od zera.
Wynik egzaminu musi być zmierzony, ale jedyną miarą jakości matury powinna być liczba osiągniętych punktów na egzaminach końcowych, każda uczelnia mogłaby sobie po prostu ustalać swój próg dla przyjmowania kandydatów, nie oglądając się na magię słów ZDAŁ- NIE ZDAŁ. I tak to już robią.
