22.9.05

Majestat świętej krowy

Artykuł "Prezydent zagrzewał sojusz do walki" (RZ 22 IX) swoim tytułem zakreślił dopuszczalny stopień ingerencji Prezydenta w życie partyjne, ale zbagatelizował część przyniesionej informacji - to, co było w kieleckim wystąpieniu niedopuszczalne: wezwanie do głosowania na konkretną partię. Można byłoby od biedy darować, gdyby wzywał do głosowania na opcję lewicową, dla równowagi w obliczu zwycięstwa "prawicy", cokolwiek to dzisiaj znaczy. Wiemy jednak, że ustępujący Prezydent jest jawnym stronnikiem
tylko jednej partii.

21 IX 2005 w Kielcach, mieście leżącym koło słynnych Starachowic, dokonał się akt niebywałego partyjniactwa: A. Kwaśniewski namawiał wielkim głosem „jako Prezydent Rzeczpospolitej” do głosowania na pewną upadającą partię, z której rytualnie wystąpił objąwszy władzę. Pamiętamy, jak niektórzy prawnicy bronili Kwaśniewskiego przed sejmowymi komisjami śledczymi, boć to ustrojowo osobne byty. Chciałbym zapytać publicznie, jak oceniają ci strażnicy Konstytucji postępowanie Prezydenta Rzeczpospolitej, który stawia swój urząd w służbie jednej partii w kampanii wyborczej? Jak to jest z tym majestatem, panie profesorze Winczorek?

(Wysłane 22.IX 2005)
________________________



Wysłane 22 XII 2000 r.

Majestat świętej krowy.

Piotr Winczorek w konkluzji swego artykułu poddaje nutę – jakby do radosnej intronizacji jakiegoś najjaśniejszego pana: “Prezydentura Rzeczpospolitej wymaga majestatu”. Z majestatem jest niestety tak, jak z grzybami: są dobre, jeśli nie boli po nich brzuch. Można sobie pielęgnować majestat, jeżeli jest nieszkodliwy, np. kiedy się ma za głowę państwa angielską królową, która nie może zrobić kroku bez zgody rządu, ani nie ma prawa wypowiedzieć publicznie jednego słowa, jeśli go jej nie napisze premier. Jeśli jednak polityk ma rzeczywistą władzę, otaczanie go nimbem majestatu jest szkodnictwem, oznacza zamykanie ust krytyce i zgodę na utajnianie jego posunięć. Prezydenturze Rzeczpospolitej, jeśli ma być demokratyczną instytucją, potrzeba tego samego, co każdej praworządnej instytucji: JAWNOŚCI. Demokracja dość dobrze sobie radzi bez majestatu, ale gnije bez jawności w działaniu. A jeżeli gnije, to powiększa bagno.
Zamiast mi gwarantować spokój, wolałbym, aby ten urzędnik ujawnił prawdziwy kalendarz swoich spotkań. Po co mamy wszyscy zachodzić w głowę: Co robił wtedy a wtedy, tam a tam? Byłbym też o wiele spokojniejszy, gdyby prezydent nie odmawiał dziennikarzom odpowiedzi na żadne pytania, nie tylko na to najświeższe: Czy spotkał się, czy się nie spotkał. Od tego zacznijmy, a inni politycy na pewno pójdą jego śladem, skoro jest tak kochany. Nie śmiem nawet wspominać o tym, że interesy żony prezydenta powinny być znane – ale hola, to już byłoby oczywiście świętokradztwo: przecież oni mają osobność majątkową!!! Niestety, spokój, jaki zdaje się gloryfikować Piotr Winczorek, jest to spokój bagna. Co jakiś czas wydobędzie się bąbel fetoru, ale nawet się nie rozejdą fale, tylko szybciutko zapada smrodliwa cisza. Na gwaranta takiego spokoju obecny prezydent doskonale się nadaje.

__________________

Dać szansę?
(reakcja na artykuły Luizy Kowalskiej i Jana Nowaka Jeziorańskiego 12.X. 2000)

Jan Nowak Jeziorański uspokaja siebie i nas, że “społeczeństwo będzie obserwować Aleksandra Kwaśniewskiego”. Już przez pięć lat obserwowało i co widziało? Nic z tego nie wyniknie, jeśli nie nastąpi wstrząs w mediach i to nie tylko publicznych. Nasze społeczeństwo nie obserwuje bowiem swoich polityków, ale ich wizerunki wykreowane przez telewizję. Rozumiem, że panu Jeziorańskiemu nie wypada podburzać i nawołuje aby “dać szansę”. To jednak trochę dziecinne: niech sobie chłopczyk spróbuje jeszcze raz, może się poprawi. “Poczekamy i zobaczymy” jest dobrym wyjściem, kiedy naprawdę niczego nie ryzykujemy po wyborze tego czy owego kandydata. W USA mogą czekać nie dlatego, że jest to “stara demokracja”, ale dlatego, że wszyscy kandydaci przechodzą przez ucho igielne medialnej kontroli. (Dzięki temu ta “demokracja mogła się “zestarzeć”.) W Polsce tymczasem gra idzie o nieskończenie większą stawkę. Przyznają to nawet najwięksi hipokryci, co przyczynili się do sukcesu Kwaśniewskiego biją na alarm, co to będzie jak lewica zdominuje życie polityczne i zawłaszczy państwo. Lewica już zaczyna sobie dobierać jeszcze lepszą obsadę telewizji; prawica stoi z boku i się nie miesza, bo to przecież nie wypada.
Nic nie wskazuje na poprawę; telewizja Kwaśniewskiego wróciła (11.X) do taśm kaliskich tylko po to, aby jego ekipa wyborcza znowu kilka razy mogła rzucić w Polskę zarzut o manipulację; inna telewizja, już wcale nie publiczna, przyłącza się do karygodnej polityki osłaniania Kwaśniewskiego i przemilczania złych o nim wiadomości. Przypomnijmy sobie, jak to media całymi miesiącami huczały po wypadkach, jakie spowodowali synowie poprzedniego prezydenta. Co się od tamtej pory zmieniło, że niebezpieczne i niegodne zachowania głowy państwa nie wzbudzają żadnego echa?
Uważam, że środowiska dziennikarskie będą musiały przeprowadzić porządny rachunek sumienia. Czwarta władza w większości zdradziła swoje powołanie: przestała reprezentować opinię publiczną, a stara się ją zagłuszać i opanowywać. Zaczęło to się, kiedy dziennikarzy umówili się po pierwszej pijackiej wpadce prezydenta, że “o tym nie napiszemy”. Oni pewnie nie czują odpowiedzialni za “zmowę milczenia ochronnego”. Oni tylko “chcieli dać szansę”.
(Ukazalo się w "RZ")

15.9.05

Wybór w interesie kraju

Janusz Rolicki („Wybór w interesie kraju”, 12.09.2005) tak dba o interes Polski, że nie nazywa po imieniu „uchybień” swojego faworyta do prezydentury oraz błędnie diagnozuje ich przyczynę. Nie jest bowiem tą przyczyną „zakupienie przed pięciu laty akcji Orlenu”, ani fakt, że kupił „dla córki”. I nie z powodu tego zakupu „jest kwestionowana uczciwość Cimoszewicza”. Dla oceny jego postawy możemy pominąć w tej chwili okoliczności finansowe jego operacji giełdowych, których fachowego wyjaśnienia oczekujemy od 3 sierpnia 2005, kiedy to Urząd Skarbowy Warszawa-Mokotów zapowiedział ich zbadanie na wniosek Komisji Orlenowskiej. Bezpośrednie źródło kłopotów tkwi raczej w okolicznościach sprzedaży tych akcji (podejrzenie o dostęp do informacji poufnych), natomiast już teraz kompromitujące są odnośne oświadczenia posła Cimoszewicza (2002), oraz zeznania marszałka Cimoszewicza (2005).
Poseł Cimoszewicz świadom odpowiedzialności karnej złożył nieprawdziwe sejmowe oświadczenie majątkowe w kwietniu 2002 roku (zatajając w nim akcje Orlenu); uczynił to świadomie, gdyż świadoma jest odmowa skorygowania oświadczenia w tej części, która była zakwestionowana, zwłaszcza wobec podania innych składników majątkowych na 31 grudnia: "Dnia 31 grudnia ubiegłego roku [2001] moje oszczędności dewizowe wynosiły 608 dolarów 32 centy. Mam nadzieję, że tym razem poziom precyzji jest wystarczający." Oto ktoś szczycący się precyzją w poprawianiu informacji o swoim stanie majątkowym na dzień 31 grudnia 2001 roku oświadcza Komisji etyki: "akcje Orlenu sprzedałem", mimo że je w owym dniu miał, następnie zaś na przesłuchaniu zeznaje: „Pomyliłem się, bo myślałem, że oświadczenie majątkowe w Sejmie składa się według stanu na dzień podpisania.
Tak więc z czysto filologicznej analizy znanych wypowiedzi wynika wniosek, że Marszałek Cimoszewicz skłamał pod przysięgą w 2005 r. mówiąc "Była to pomyłka. Zamieściłem tam stan informacji o moim majątku w momencie wypełniania tego oświadczenia." (protokół str. 52)
W świetle później ujawnionej korespondencji ze Stefaniukiem (2002) nieprawdziwe są jeszcze inne słowa Cimoszewicza z przesłuchania 30 lipca (s. 52): "mogę w tej chwili – po tym, jak już pan [Giertych] oczywiście publicznie się na ten temat wypowiedział, a ja sięgnąłem z powrotem do przepisów i uzmysłowiłem sobie to, że powinienem był podać stan majątkowy na 31 grudnia 2001 r. – potwierdzić, że popełniłem pomyłkę, podając stan majątkowy na kwiecień 2002 r."
Przecież ten doktor międzynarodowego prawa publicznego twierdzi, że dopiero w lipcu 2005 roku zmuszony przez Romana Giertycha doczytał się, co jest w ustawie, obowiązującej od 1996 roku; skoro jej treść poznał dopiero w 2005 roku, to znaczy że oświadczenia majątkowe do roku 2004 też wypełniał niezgodnie z ustawą! Zdrowy na umyśle poseł nie może w coś takiego sam uwierzyć. No bo co - ileś tam razy stosował ustawę nie sprawdzając, co ona dokładnie nakazuje? I robił to zawsze "świadomy, iż na podstawie art. 233 § 1 Kodeksu karnego za podanie nieprawdy lub zatajenie prawdy grozi kara pozbawienia wolności."
Za niesmaczne uznaję powoływanie się przez Rolickiego na umorzenie sprawy przez Prokuraturę. Niestety ta sprawa właśnie dostarcza mocnego dowodu, że drastyczna reforma (tak przezeń odradzana „rewolucja”) w naszym państwie jest niezbędna. Okazało się bowiem, że prokuratura uznała błędy w oświadczeniach za niewinne pomyłki, uzasadniając to nieprawdziwym twierdzeniem: "Cimoszewicz przedstawiał swój aktualny stan majątkowy". Są przynajmniej dwa dowody na to, że prokuratura takim uzasadnieniem wprowadziła nas w błąd:
1. Niektórych akcji Cimoszewicz nie wpisywał, mimo że je miał w momencie pisania oświadczenia. W oświadczeniu majątkowym z datą 22 stycznia 2002 roku nie ma informacji o posiadaniu akcji firmy BMC SA, które posiadał jeszcze wg oświadczenia z 2 kwietnia, a zbył przed 20 kwietnia.
2. Cimoszewicz podał w sejmowym oświadczeniu z kwietnia 2002 „aktualny stan” tylko w odniesieniu do akcji Orlenu. Natomiast wszystkie inne składniki majątku podawał zgodnie z prawem, według stanu na dzień 31 grudnia. Upominany przez Komisję etyki o podanie dokładnej wartości zadeklarowanego majątku w swoim oświadczeniu z kwietnia 2002 Cimoszewicz doprecyzował tamte dane korzystając z wyciągów bankowych i kursów akcji na 31 grudnia, i podkreślając ich zgodność z wcześniej podanymi danymi zaokrąglonymi. Potwierdził zatem, że już składając podważane oświadczenie wszystko deklarował według stanu na 31 grudnia 2001, z wyjątkiem akcji Orlenu, które też wtedy jeszcze miał. Mówienie w takiej sytuacji o pomyłce oznacza, że wierzymy komuś, kto mówi: "Pomyliłem się, bo myślałem, że oświadczenie majątkowe składa się według stanu na dzień podpisania, ale wypełniłem według stanu na 31 grudnia, z wyjątkiem trefnych akcji".
I to człowieka o takiej fachowości i „nieposzlakowanej uczciwości” broni Adam Michnik. Zdaniem p. Rolickiego wybór kogoś takiego na prezydenta „leży w interesie kraju”. Byłoby to prześmieszne, gdyby nie chodziło o kandydata na prezydenta.
(12.IX)